Uwierzcie bądź nie, ale książek Nicholasa Sparksa przeczytałam w życiu dwie sztuki. DWIE (dobra, teraz to już TRZY)! JA, taka niegdyś zapalona miłośniczka romansów i dramatów i książek w ogóle! A znam go głównie z filmów… Które są piękne, trzeba to przyznać. Pierwszą jego książką w mojej czytelniczej historii było I wciąż ją kocham bardzo dawno temu, bo jeszcze w gimnazjum. I to...
To jedna z tych książek. O jej premierze mówi się dużo i głośno. Robi się wokół niej bum i szum szczególnie w mediach społecznościowych. Autor za sprawą Lokatorki postawił sam sobie wysoko poprzeczkę, więc kiedy wyszło na jaw, że Wydawnictwo Otwarte wydaje w Polsce jego kolejną książkę, to logicznym jest, że w środowisku książkowym zaczęło wrzeć. Dla mnie Lokatorka była świetna. Przeczytajcie tutaj...
Tak sobie myślę, że nic mnie nie może zadziwić, gdy sięgam po kolejną już książkę któregoś z moich ulubionych autorów. A sięgam do ich premier w dużej mierze ze względu na sentyment i sympatię, i momentami nie oczekuje żadnego efektu wow. Serio, co jeszcze można napisać i wymyślić, żeby tak naprawdę zaskoczyć czytelnika? Dla mnie najgorsze co może być, to jakaś nagła zmiana...