![]() |
| Uwaga, post jest prawdopodobnie pełen rażących powtórzeń i zawiera zbyt wiele przecinków, a w niektórych miejscach gdzie być powinny, to ich nie ma. Ta ważniejsza część wpisu jest troszkę dalej. |
Usiadłam we wtorek do komputera żeby kontynuować pisanie magisterki. Ba, specjalnie olałam zajęcia aby zostać w domu i w końcu ruszyć z nią do przodu, bo czuje już nóż na karku (taki dwa razy większy niż ostatnio). Jak tylko spojrzałam na polskie i angielskie artykuły, które muszę przejrzeć by cokolwiek naskrobać dalej, jedyne co mogłam zrobić to udać się na długi spacer z moim głupim psem (wiecie, że go kocham). Na taki długi, że aż ledwo szedł z powrotem, co jest ewidentnie rzadkością, bo ten owczarek od szczeniaka ma jakieś cholerne ADHD (choć wystrzelić w górę, praktycznie wyrywając mi przy tym rękę, za stadem wiewiórek miał jeszcze siłę). Mogłam też wysprzątać dom, zrobić jakby wegański obiad dla siebie i rodziców (bo wiecie, od siedmiu dni nie jem mięsa, bo tak po prostu). Jak to wszystko zrobiłam, nie śpiesząc się przy tym oczywiście, to usiadłam do laptopa z powrotem. Jeszcze raz przejechałam wzrokiem po czekających mnie ustawach i innych pierdzieleniach, przypomniałam sobie w ogóle o czym pisałam ostatnim razem (czyli jakieś ponad dwa tygodnie temu) i zwyczajnie stwierdziłam, że czas na nowy post, nie będący recenzją. Shit. W tym właśnie miejscu przerwałam przedwczoraj pisanie, bo uznałam, że i tego mi się nie chcę robić. Poszłam za to pobiegać z moimi wyglądającymi już jak nastolatkowie rodzicami (którzy wpędzają mnie swoją drogą w ogromne kompleksy). Cały dzień wolny przeznaczyłam na NIC. Fucking perfect.
No bo od kilku dni dużo sobie myślę. O wszystkim. Nic z tego konstruktywnego ewidentnie nie wynika, ale i tak myślę. Nad sensem moich studiów, nad senem pisania tej magisterki, choć jej temat nie jest błahy, raczej można rzec iż jest istotny i bardzo ważny w dzisiejszych czasach. Nie dotyczy picia napojów gazowanych, tylko pedofilii do cholery. No właśnie, gdzieś mi się ostatnio wyświetliła prośba o wypełnienie ankiety dotyczącej właśnie tego problemu/zjawiska? Zwał jak zwał. Myślałam że to żart, ale nie, jednak to było na poważnie. Szacunek. Tak czy siak, złapałam się za głowę i w duchu karciłam za porwanie się z motyką na słońce. Mi się po prostu nie chcę a wybrałam temat rzekę. Jak każdemu, powiecie. No zgadza się, ale nadal mi się nie chcę i nie specjalnie mi to pomaga, gdy tak mówicie że każdemu się nie chcę.
Myślę też o tym moim całym książkowym, instagramowym hobby.
Niecałe dwa miesiące temu założyłam bookstagrama, o czym wiecie. Znalazłam przy tym sposób na ucieczkę. Od obowiązków rzecz jasna, bo to była główna pobudka. I okazało się, że nie jestem jednak taka do dupy, jak mi się dotychczas wydawało. Niesamowicie mnie to uskrzydliło i cóż mogę powiedzieć, zawładnęło moim życiem. Wydałam od razu majątek na książki w wersji papierowej, których już dawno nie czytałam a tym bardziej nie kupowałam. Zapełniłam swój iCloud identycznymi zdjęciami. Siedziałam cały czas z nosem w telefonie albo w laptopie. Nie do końca kontaktowałam z rzeczywistością. O wspomnianych obowiązkach z wielką przyjemnością zapominałam, a kiedy dostałam propozycję recenzji pierwszej książki to po prostu czułam się jak pieprzony geniusz. Od razu zaczęłam myśleć o napisaniu maili do wydawnictw, już chciałam być jakąś wielką blogerką, recenzentką i cholera wie czym jeszcze, mimo że "miałam" dopiero miesiąc. NA SZCZĘŚCIE się opamiętałam. Hola, tu jest tyle osób, które na prawdę na to zasługują, które są w tym świecie znacznie dłużej i na prawdę znają się na rzeczy. Jest tyle oryginalnych osobowości, których wpisy uwielbiam czytać i z ogromną przyjemnością obserwuje ich profile. Osoby, które stają się moją inspiracją, a także kimś więcej, bo łączy nas ta sama miłość. Miłość do książek i fotografii. Jest wiele osób, które po prostu traktują to jako hobby i jako sposób na wyrażanie siebie. Kilka takich dziewczyn stworzyło ostatnio świetną akcję "Bookstagram to pasja", z którą się zgadzam w stu procentach. Cała idea akcji sprawiła, że zaczęłam się ostatnio nad tym wszystkim mocno zastanawiać, bo zrobiło się to dla mnie lekko "niesmaczne", to wypominanie sobie zdobywania liczby obserwatorów za wszelką cenę, czy zdobywania jak największej ilości współprac recenzenckich (z drugiej strony, kuźwa, to też mnie wnerwia). Bo właśnie, są też zapewne osoby, które po prostu chcą dostawać za darmo książki. Powoli to wszystko rozgryzam. Nie wiem. Pewnie się mylę.
No dobra, ale kim ja jestem? Jestem tu niecałe dwa miesiące. Ja wiem, że liczby nie mają znaczenia, ale cholerka jest już Was na Instagramie 1500 osób! To niesamowicie cieszy i to z czysto egoistycznych pobudek - kurna, jestem jednak dobra i coś mi się udało! Dziękuje Wam i kocham Was za to, że staliście mi się tak bliscy. Jest kilka osób, które mogę z ręką na sercu nazwać moimi osobami, tak jak Meredith Grey nazywała niegdyś Christinę (dla fanów Greys Anatomy). Moja praca, czyli moje zdjęcia, mimo że proste i minimalistyczne jednak kogoś przyciągają. Są proste, są prawdziwe, są moje. Prawdopodobnie nudne i nie zbyt artystyczne, ale trudno bo jednak ktoś chce je oglądać. To jest zajebiste uczucie, dlatego tak właśnie ciesze się, że mam taką piękną liczbę na koncie! Tak samo, jak przyciągnęły kogoś moje chaotyczne posty na tym blogu, słowa które wyrzuciłam z siebie po przeczytaniu według mnie dobrych książek - mimo, że bez ładu i składu, z błędami i prawdopodobnie nie dające się przeczytać, jednak znalazły jakieś grono odbiorców. I to cieszy najbardziej. Dzięki!
Bookstagram to pasja. Racja! Dlatego powiedziałam sobie, że nie mam zamiaru pisać na chwilę obecną do wydawnictw. Być może właśnie ktoś "ważny" to czyta, a ja skreśliłam sobie jakąkolwiek możliwą przyszłą współpracę, ale dla mnie nie ma to już znaczenia. Nie po to zakładałam konto. Nie po to, żeby dostawać książki, których tematyka mnie nie interesuje i słodzić o nich a przy tym zaśmiecać sobie i Wam Instagram. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że pierwsza książka, którą dostałam całkowicie przypadła mi do gustu i byłam przy pisaniu recenzji jak najbardziej szczera. Dlatego jeżeli kiedykolwiek dostanę propozycję dotyczącą książki, której tematyka na prawdę mi odpowiada (jak w przypadku tej pierwszej), bez wahania się zgodzę.
Chodzi mi o to... Właściwie nie wiem o co mi chodzi. Myślę nad czymś intensywnie od jakiegoś czasu, czytam blogi, czytam recenzję, oglądam instastory, generalnie żyje tym światem i nachodzi mnie kilka refleksji. Wiecie, mój blog to miał być też swego rodzaju pamiętnik, więc ten post do tego mi aktualnie służy. Do przelania tych myśli. No bo... nie wyobrażam sobie pisania recenzji po każdej przeczytanej książce. Od tygodnia chciałam coś tu dodać, ale nie wiedziałam o czym napisać a kilka pozycji przeczytałam. Ja na prawdę podziwiam osoby, które piszą prawie codziennie recenzje po każdej skończonej książce. To tylko świadczy o tym, jak bardzo JA się do tego nie nadaję. Z resztą wiecie, że moje opinie to nie recenzje. To moje czyste emocje. I tylko wtedy jestem w stanie coś napisać, kiedy na prawdę książka wywrze na mnie ogromne wrażenie. Ale takie na prawdę ogromne a mnie nagle coś natchnie. No bo powiedzmy, że przeczytałam teraz zwyczajną książkę, romans, new adult czy coś (uwielbiam je) i bardzo mi się historia spodobała, połknęłam ją w dobę czy tam dwie, ale nie wyzwoliła u mnie jakoś lawiny myśli, nie pobudziła do analizy i interpretowania ludzkiego życia, nie zrobiła ze mnie głupiej (a to jak już wiecie kocham najbardziej podczas czytania). Co z tego, że większość czasu podczas czytania byłam podekscytowana. No bo co mam teraz o takich bohaterach i ich historii, których jest setki, napisać? Książka opowiada o tym i o tym, bla bla bla bla, ten bohater przeżył to ale tamten przeżył tamto, dwie zagubione duszyczki, bla bla, na prawdę piękna książka dająca nam do myślenia, grająca na naszych emocjach, ucząca że to i tamto, bla bla. Amen. Kropka? Dobra, wyjaśniam. Szanuje każdą przeczytaną recenzję. I szanuje każdą pracę włożoną w napisanie takiej opinii. Ale nie lubię ich czytać. Nie lubię tych szablonowych recenzji i doszłam właśnie teraz do takiego wniosku (oczywiście wniosek ten poprzedzony jest półtoramiesięczną analizą, haha). Czytam takie wpisy głównie, kiedy chcę dowiedzieć się czegoś o książce zanim ją kupię i robię to bardzo pobieżnie (więc jak widać są one oczywiście bardzo potrzebne, jest wiele osób, które robią to perfekcyjnie a nie mi to wszystko tak na prawdę oceniać). No ale jednak dla przyjemności takich streszczeń, zakończonych jednym akapitem opinii własnej, nie lubię czytać. Więc zwyczajnie nie mam zamiaru takowych pisać (jak pracowałam w UK w restauracji menagerka powiedziała mi banalne słowa, które staram się wprowadzać w każdą dziedzinę swojego życia "traktuj klienta tak, jakbyś sama chciała zostać potraktowana", serio to wiele zmienia). Być może cały bloggerski świat nie jest dla mnie, ale akurat z tego nie zrezygnuję nawet jeżeli po tym poście mnie ktoś znienawidzi i stracę jakiś obserwatorów. Bo świetnie się bawię i przynosi mi to radość, a tego mi ostatnio w życiu brakowało.
Jestem tu sobą. I chce zostać sobą, bo w codziennym życiu nie zawszę mogę. Trochę to paradoksalne, prawda? Mówi się, że w Internecie możemy być tym kim chcemy, możemy udawać ile wlezie, a ja jednak czuje inaczej. Nie chce nic robić na przymus, nie chcę czuć się do czegoś zobowiązana (tak jak do magisterki na przykład). Bookstagram to pasja, o czym wspomniałam już dwa razy i tak to właśnie traktuję. Bookstagram to źródło wiedzy o wspaniałych książkach, źródło inspiracji do zdjęć, sposób na spotkanie cudownych osób. A ja jestem tak na prawdę nikim w tym świecie i wiem, że nie powinnam się teraz wypowiadać na takie tematy. Może popełniam duży błąd, ale był po prostu moment (związany chyba z tym, iż mi się jakoś zaczęło powodzić w krótkim czasie), że się nieco zatraciłam i teraz chce się "naprostować", choć bardziej sama przed sobą. A pamiętacie pierwszy post? (jeżeli nie czytaliście, to zapraszam do zakładki ABOUT). Ja jestem tu szczera, jestem tu naturalna, bo nienawidzę sztuczności i zbędnego słodzenia (ale zbędnego, bo gdy jest uzasadnione to wtedy sama robię to do przesady). W ogóle to przecież mnie życie wkurza i jestem anty wszystko! Muszę zostać taką osobą jaką jestem na prawdę i jaką byłam od początku (taką Chyłką na przykład).
Chcę Wam dawać jak najwięcej od siebie i wkładać w to serducho. Chcę robić zdjęcia i bawić się tym, bo to od zawsze było moim hobby tylko że nieco zapomnianym, a teraz wybudzonym ze śpiączki - po to mi bookstagram. Chcę dzielić się prawdziwymi emocjami po przeczytaniu książki, do czego służyć mi będzie ten właśnie blog. Ale przede wszystkim chcę być takim obserwatorem (trochę biernym), kibicem i fanem Was wszystkich - bo jesteście moją inspiracją! Tylko błagam (tak, pomimo że ze mnie lekko gówniarz, to już mam do Was pewien apel) pamiętajmy wszyscy: czytanie książek to najcudowniejsza czynność na świecie, to nie powinien być nasz obowiązek (no czasami jest, ale to nie po to tu jesteśmy, żeby pisać o przeczytanym kodeksie karnym czy psychologii jakiejś tam), to nie jest też moda (tak jak przyszła moda na bycie fit), a zwyczajnie ŻYCIE. Czytanie książek to przyjemność znana wszystkim od tak wielu lat i nigdy, przenigdy nie zginie, a w dzisiejszych czasach mamy natomiast ten przywilej, że możemy się dzielić nią z ludźmi nawet na drugim krańcu świata.
Do usłyszenia! Oby.
Myślę też o tym moim całym książkowym, instagramowym hobby.
Niecałe dwa miesiące temu założyłam bookstagrama, o czym wiecie. Znalazłam przy tym sposób na ucieczkę. Od obowiązków rzecz jasna, bo to była główna pobudka. I okazało się, że nie jestem jednak taka do dupy, jak mi się dotychczas wydawało. Niesamowicie mnie to uskrzydliło i cóż mogę powiedzieć, zawładnęło moim życiem. Wydałam od razu majątek na książki w wersji papierowej, których już dawno nie czytałam a tym bardziej nie kupowałam. Zapełniłam swój iCloud identycznymi zdjęciami. Siedziałam cały czas z nosem w telefonie albo w laptopie. Nie do końca kontaktowałam z rzeczywistością. O wspomnianych obowiązkach z wielką przyjemnością zapominałam, a kiedy dostałam propozycję recenzji pierwszej książki to po prostu czułam się jak pieprzony geniusz. Od razu zaczęłam myśleć o napisaniu maili do wydawnictw, już chciałam być jakąś wielką blogerką, recenzentką i cholera wie czym jeszcze, mimo że "miałam" dopiero miesiąc. NA SZCZĘŚCIE się opamiętałam. Hola, tu jest tyle osób, które na prawdę na to zasługują, które są w tym świecie znacznie dłużej i na prawdę znają się na rzeczy. Jest tyle oryginalnych osobowości, których wpisy uwielbiam czytać i z ogromną przyjemnością obserwuje ich profile. Osoby, które stają się moją inspiracją, a także kimś więcej, bo łączy nas ta sama miłość. Miłość do książek i fotografii. Jest wiele osób, które po prostu traktują to jako hobby i jako sposób na wyrażanie siebie. Kilka takich dziewczyn stworzyło ostatnio świetną akcję "Bookstagram to pasja", z którą się zgadzam w stu procentach. Cała idea akcji sprawiła, że zaczęłam się ostatnio nad tym wszystkim mocno zastanawiać, bo zrobiło się to dla mnie lekko "niesmaczne", to wypominanie sobie zdobywania liczby obserwatorów za wszelką cenę, czy zdobywania jak największej ilości współprac recenzenckich (z drugiej strony, kuźwa, to też mnie wnerwia). Bo właśnie, są też zapewne osoby, które po prostu chcą dostawać za darmo książki. Powoli to wszystko rozgryzam. Nie wiem. Pewnie się mylę.
No dobra, ale kim ja jestem? Jestem tu niecałe dwa miesiące. Ja wiem, że liczby nie mają znaczenia, ale cholerka jest już Was na Instagramie 1500 osób! To niesamowicie cieszy i to z czysto egoistycznych pobudek - kurna, jestem jednak dobra i coś mi się udało! Dziękuje Wam i kocham Was za to, że staliście mi się tak bliscy. Jest kilka osób, które mogę z ręką na sercu nazwać moimi osobami, tak jak Meredith Grey nazywała niegdyś Christinę (dla fanów Greys Anatomy). Moja praca, czyli moje zdjęcia, mimo że proste i minimalistyczne jednak kogoś przyciągają. Są proste, są prawdziwe, są moje. Prawdopodobnie nudne i nie zbyt artystyczne, ale trudno bo jednak ktoś chce je oglądać. To jest zajebiste uczucie, dlatego tak właśnie ciesze się, że mam taką piękną liczbę na koncie! Tak samo, jak przyciągnęły kogoś moje chaotyczne posty na tym blogu, słowa które wyrzuciłam z siebie po przeczytaniu według mnie dobrych książek - mimo, że bez ładu i składu, z błędami i prawdopodobnie nie dające się przeczytać, jednak znalazły jakieś grono odbiorców. I to cieszy najbardziej. Dzięki!
Bookstagram to pasja. Racja! Dlatego powiedziałam sobie, że nie mam zamiaru pisać na chwilę obecną do wydawnictw. Być może właśnie ktoś "ważny" to czyta, a ja skreśliłam sobie jakąkolwiek możliwą przyszłą współpracę, ale dla mnie nie ma to już znaczenia. Nie po to zakładałam konto. Nie po to, żeby dostawać książki, których tematyka mnie nie interesuje i słodzić o nich a przy tym zaśmiecać sobie i Wam Instagram. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że pierwsza książka, którą dostałam całkowicie przypadła mi do gustu i byłam przy pisaniu recenzji jak najbardziej szczera. Dlatego jeżeli kiedykolwiek dostanę propozycję dotyczącą książki, której tematyka na prawdę mi odpowiada (jak w przypadku tej pierwszej), bez wahania się zgodzę.
Chodzi mi o to... Właściwie nie wiem o co mi chodzi. Myślę nad czymś intensywnie od jakiegoś czasu, czytam blogi, czytam recenzję, oglądam instastory, generalnie żyje tym światem i nachodzi mnie kilka refleksji. Wiecie, mój blog to miał być też swego rodzaju pamiętnik, więc ten post do tego mi aktualnie służy. Do przelania tych myśli. No bo... nie wyobrażam sobie pisania recenzji po każdej przeczytanej książce. Od tygodnia chciałam coś tu dodać, ale nie wiedziałam o czym napisać a kilka pozycji przeczytałam. Ja na prawdę podziwiam osoby, które piszą prawie codziennie recenzje po każdej skończonej książce. To tylko świadczy o tym, jak bardzo JA się do tego nie nadaję. Z resztą wiecie, że moje opinie to nie recenzje. To moje czyste emocje. I tylko wtedy jestem w stanie coś napisać, kiedy na prawdę książka wywrze na mnie ogromne wrażenie. Ale takie na prawdę ogromne a mnie nagle coś natchnie. No bo powiedzmy, że przeczytałam teraz zwyczajną książkę, romans, new adult czy coś (uwielbiam je) i bardzo mi się historia spodobała, połknęłam ją w dobę czy tam dwie, ale nie wyzwoliła u mnie jakoś lawiny myśli, nie pobudziła do analizy i interpretowania ludzkiego życia, nie zrobiła ze mnie głupiej (a to jak już wiecie kocham najbardziej podczas czytania). Co z tego, że większość czasu podczas czytania byłam podekscytowana. No bo co mam teraz o takich bohaterach i ich historii, których jest setki, napisać? Książka opowiada o tym i o tym, bla bla bla bla, ten bohater przeżył to ale tamten przeżył tamto, dwie zagubione duszyczki, bla bla, na prawdę piękna książka dająca nam do myślenia, grająca na naszych emocjach, ucząca że to i tamto, bla bla. Amen. Kropka? Dobra, wyjaśniam. Szanuje każdą przeczytaną recenzję. I szanuje każdą pracę włożoną w napisanie takiej opinii. Ale nie lubię ich czytać. Nie lubię tych szablonowych recenzji i doszłam właśnie teraz do takiego wniosku (oczywiście wniosek ten poprzedzony jest półtoramiesięczną analizą, haha). Czytam takie wpisy głównie, kiedy chcę dowiedzieć się czegoś o książce zanim ją kupię i robię to bardzo pobieżnie (więc jak widać są one oczywiście bardzo potrzebne, jest wiele osób, które robią to perfekcyjnie a nie mi to wszystko tak na prawdę oceniać). No ale jednak dla przyjemności takich streszczeń, zakończonych jednym akapitem opinii własnej, nie lubię czytać. Więc zwyczajnie nie mam zamiaru takowych pisać (jak pracowałam w UK w restauracji menagerka powiedziała mi banalne słowa, które staram się wprowadzać w każdą dziedzinę swojego życia "traktuj klienta tak, jakbyś sama chciała zostać potraktowana", serio to wiele zmienia). Być może cały bloggerski świat nie jest dla mnie, ale akurat z tego nie zrezygnuję nawet jeżeli po tym poście mnie ktoś znienawidzi i stracę jakiś obserwatorów. Bo świetnie się bawię i przynosi mi to radość, a tego mi ostatnio w życiu brakowało.
Jestem tu sobą. I chce zostać sobą, bo w codziennym życiu nie zawszę mogę. Trochę to paradoksalne, prawda? Mówi się, że w Internecie możemy być tym kim chcemy, możemy udawać ile wlezie, a ja jednak czuje inaczej. Nie chce nic robić na przymus, nie chcę czuć się do czegoś zobowiązana (tak jak do magisterki na przykład). Bookstagram to pasja, o czym wspomniałam już dwa razy i tak to właśnie traktuję. Bookstagram to źródło wiedzy o wspaniałych książkach, źródło inspiracji do zdjęć, sposób na spotkanie cudownych osób. A ja jestem tak na prawdę nikim w tym świecie i wiem, że nie powinnam się teraz wypowiadać na takie tematy. Może popełniam duży błąd, ale był po prostu moment (związany chyba z tym, iż mi się jakoś zaczęło powodzić w krótkim czasie), że się nieco zatraciłam i teraz chce się "naprostować", choć bardziej sama przed sobą. A pamiętacie pierwszy post? (jeżeli nie czytaliście, to zapraszam do zakładki ABOUT). Ja jestem tu szczera, jestem tu naturalna, bo nienawidzę sztuczności i zbędnego słodzenia (ale zbędnego, bo gdy jest uzasadnione to wtedy sama robię to do przesady). W ogóle to przecież mnie życie wkurza i jestem anty wszystko! Muszę zostać taką osobą jaką jestem na prawdę i jaką byłam od początku (taką Chyłką na przykład).
Chcę Wam dawać jak najwięcej od siebie i wkładać w to serducho. Chcę robić zdjęcia i bawić się tym, bo to od zawsze było moim hobby tylko że nieco zapomnianym, a teraz wybudzonym ze śpiączki - po to mi bookstagram. Chcę dzielić się prawdziwymi emocjami po przeczytaniu książki, do czego służyć mi będzie ten właśnie blog. Ale przede wszystkim chcę być takim obserwatorem (trochę biernym), kibicem i fanem Was wszystkich - bo jesteście moją inspiracją! Tylko błagam (tak, pomimo że ze mnie lekko gówniarz, to już mam do Was pewien apel) pamiętajmy wszyscy: czytanie książek to najcudowniejsza czynność na świecie, to nie powinien być nasz obowiązek (no czasami jest, ale to nie po to tu jesteśmy, żeby pisać o przeczytanym kodeksie karnym czy psychologii jakiejś tam), to nie jest też moda (tak jak przyszła moda na bycie fit), a zwyczajnie ŻYCIE. Czytanie książek to przyjemność znana wszystkim od tak wielu lat i nigdy, przenigdy nie zginie, a w dzisiejszych czasach mamy natomiast ten przywilej, że możemy się dzielić nią z ludźmi nawet na drugim krańcu świata.
Do usłyszenia! Oby.
